W DRODZE NA MARSZ

Gdy z Arturem Pawłowskim nagrywałem dwa pierwsze odcinki Na Poddaszu, nie spodziewałem się, że za jakiś czas będę podróżował z nim rozsypującym się volkswagenem i godzinami rozmawiał o duchowym przebudzeniu, Polsce i radykalnej służbie dla Boga.

Gdy opowiadałem chrześcijańskim znajomym o moich marzeniach, na ich twarzach często widać było narastające zdumienie. Odniosłem nawet wrażenie, że wielu z nich zwyczajnie zwątpiło w mój zdrowy rozsądek. Jednak podczas rozmów z Arturem, to ja robię wielkie oczy i z niewinnym niedowierzaniem słucham, jak opowiada o nadchodzącym „pospolitym ruszeniu. Nie inaczej było tym razem. Przemierzając trasę z Warszawy do Poznania, by przygotować się na pierwszy w historii miasta Marsz dla Jezusa, słuchałem opowieści człowieka, który dla Boga zostawił wszystko. Był bogatym biznesmenem, deweloperem, właścicielem wydawnictwa. Robił interesy z politykami i mafiosami w jednym z najbogatszych miast Ameryki Północnej. Dziś pomaga, kocha i karmi ludzi, którymi kiedyś gardził. Założona przez niego służba dociera z mocą ewangelii do bezdomnych i najbardziej potrzebujących. Robi to nie zważając na sprzeciw skorumpowanych urzędników i pogardę etatowych duchownych ze szklanych kościołów. Za swoje przekonania i przywiązanie do podstawowych chrześcijańskich wartości, takich jak: świętość, życie, rodzina, zapłacił ogromną cenę. Znienawidzony przez liberalne media, wielokrotnie aresztowany, sądzony, nie zważając na okoliczności wciąż idzie do przodu.

Wpatrując się w drogę, Artur przekonywał mnie, że w Polsce nadszedł czas na przebudzenie. Że powinniśmy zapomnieć o podziałach i skupić się na Bożym Królestwie. Że chrześcijaństwo nie polega na grzaniu ławek. Nasze kościoły pełne są teoretyków. Badamy Biblie w grece, uczymy się hebraizmów, znamy na pamięć dziesiątki wersetów, a wciąż brakuje nam owoców. Istnieje prosta recepta na wyjście z tego marazmu. Jest to wiara czynna w miłości. Czynna, czyli taka, która wychodzi do człowieka. Jest aktywna, nie egoistyczna. Motywowana miłością nie szuka swego, nie obraża się, nie tworzy podziałów. Podczas Marszu dla Jezusa możemy ją praktykować. Nie zastanawiamy się nad tym, która denominacja posiada monopol na prawdę, ale maszerujemy w jedności, ku czci naszego Boga, by świat zobaczył, że są jeszcze ludzie, dla których jest On najważniejszy.

Nasz zielony Transporter powoli zbliżał się do Poznania. Na miejscu czekała burza mózgów i ostatnie przygotowania przed jutrzejszym marszem. Siedziałem przypięty do skrzypiącego fotela i zastanawiałem się nad znaczeniem tego, co robimy. Znów ogarnęło mnie przeświadczenie, że słowa Jezusa, w których nazywa nas „światłością świata” najlepiej oddają sens naszej misji. Jeśli światłość ustąpi, na jej miejscu pojawi się ciemność. Dlatego nie możemy chować się jak myszy w kościele i pozwalać, by nasz kraj pogrążył się w mroku. Musimy iść i świecić a Marsz dla Jezusa stwarza ku temu świetną okazję.

 


Od lewej: Artur Pawłowski, Marcel Płoszczyński, Paweł Bukała, Marta Bukała, Iza Godlewska.

Marcel Płoszczyński

Pomysłodawca i prowadzący program „Na poddaszu”. Na co dzień pracuje w agencji reklamowej, gdzie zajmuje się public relations.