W WIĘZIENIU SPOTKAŁEM BOGA

O losach byłego komunisty, partyzanta i premiera, o ewangelizacji i przebaczeniu na łamach Misyjnych Dróg rozmawiam z Tamratem Layne. Historia jego spotkania z Jezusem jest tak fascynująca, że postanowiłem opublikować ją również na moim blogu.

Tamrat Layne - (ur. 1955 r.) były polityk etiopski, w latach siedemdziesiątych XX w. przywódca Etiopskiego Ludowo-Rewolucyjnego Frontu Demokratycznego (EPDM), jednego z lewicowych ugrupowań, które doprowadziły do obalenia dyktatury Mengistu. W latach dziewięćdziesiątych był premierem rządu przejściowego i bliskim spółpracownikiem prezydenta. Zdradzony przez byłych współpracowników, został aresztowany pod fałszywym zarzutem malwersacji finansowych. W więzieniu był głodzony i torturowany. Nawrócił się na chrześcijaństwo. Dziś jest wędrownym kaznodzieją, opowiadającym o swojej przemianie.

Marcel Płoszczyński: Jak się zostaje komunistą?

Tamrat Layne: To nie takie proste. Komunizm fascynował mnie od młodości. Razem z kolegami czytaliśmy książki największych jego przedstawicieli i rozmawialiśmy o nowym, lepszym świecie. Wierzyliśmy, że komunizm jest odpowiedzią na problemy naszej cywilizacji. Byliśmy idealistami.

Jak to się stało, że trafił Pan do partyzantki?

Najpierw jako młodzi komuniści próbowaliśmy przejąć władzę w mieście poprzez sieć grup. Nie udało się to nam z jednego powodu: rząd rozpoczął represje przeciwko nam, zabijając ludzi na masową skalę. Zdecydowaliśmy, że przeniesiemy się w góry i stamtąd zdobędziemy miasto. Wzorowaliśmy się na Mao Zedongu, który doszedł do władzy w podobny sposób.

Skąd mieliście na to wszystko środki? Wojna przecież kosztuje.

Na początku było nas siedemnastu i mieliśmy jedynie cztery sztuki broni. Resztę zdobyliśmy w walce. Pod koniec było nas już 150 tysięcy.

Jak doszedł Pan do wysokiej pozycji w swoim ugrupowaniu?

Od początku naszej działalności odbywały się głosowania, podczas których decydowaliśmy o ważnych sprawach. Zostałem wybrany na przywódcę podczas jednego z takich głosowań. Podobnie było w przypadku mojej pozycji w rządzie. Głosowanie zdaje się być takie demokratyczne – nie pasuje do komunistycznych stereotypów. Prawda jest taka, że wszyscy komunistyczni przywódcy zyskali zwoje pozycje w drodze głosowania. Różnice między komunizmem a kapitalizmem jest taka, że w tym pierwszym wyniki znane są już przed głosowaniem, które jest jedynie formalnością. Wszystkie ważne decyzje zapadają dużo wcześniej.

Dlaczego po obaleniu Haile Mariam Mengistu, którego historię rządów znamy z „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego, to właśnie Pan został premierem?

W tamtym okresie w kraju istniało wiele organizacji rebelianckich. Niektóre z nich były z nami w górach, jednak to my byliśmy najwięksi i najsilniejsi. Kiedy przejęliśmy władzę, zaprosiliśmy wszystkie partie opozycyjne na ogromną konferencję. Przyszli na nią przedstawiciele około 23 grup politycznych. Wspólnie powołaliśmy instytucję przypominającą kongres, w której zasiadło około 500 osób. Następnie odbyło się głosowanie, na którym mój przyjaciel z partii został wybrany na prezydenta, a ja na premiera. Stało się tak z powodu naszej siły mieliśmy największą armię i ogromne doświadczenie wojenne. Przez następne cztery lata istniał rząd „przejściowy” a następnie udało się nam zmienić cały system polityczny. Z czasem wyeliminowaliśmy inne partie polityczne i umocniliśmy naszą dominację.

Jak znalazł się Pan w więzieniu? Jak długo Pan tam przebywał?

Jako premier byłem odpowiedzialny przede wszystkim za gospodarkę. Powoli zacząłem zauważać, że komunizm najzwyczajniej w świecie nie działa. Niestety, nie wszystkim podobały się moje przemyślenia. Gdy zacząłem się nimi dzielić, okazało się, że mój najlepszy przyjaciel z okresu partyzantki – prezydent Meles Zenawi – nie był ich zwolennikiem. Z tego powodu były między nami różne napięcia. Melesowi Zenawi udało się po kryjomu nastawić najważniejsze osoby w partii przeciwko mnie. Zrobił to również dlatego, że obawiał się mojej popularności. W przeciwieństwie do mnie pochodził z mniejszościowej grupy etnicznej. Zbliżały się wybory i jeśli doszłoby do konfrontacji, to z pewnością bym ją wygrał. Wiedziałem, że oddaliliśmy się od siebie coraz bardziej, ale takiego zagrania się nie spodziewałem. Pewnego poranka moje biuro otoczyli osobiści ochroniarze prezydenta, aresztowali mnie, potajemnie umieścili w więzieniu i zmusili do rezygnacji ze stanowiska premiera. Następnie sfabrykowano dowody i oskarżono mnie o malwersacje finansowe.

Czym zajmował się Pan podczas uwięzienia? Jak był Pan traktowany?

Następnie trafiłem do celi, w której nie było nawet łóżka czy toalety. Fekalia leżały w jednym rogu pomieszczenia, a ja w drugim. Dopiero w późniejszych latach przydzielono mi celę z łazienką, a krewni przysłali mi materac. Dwanaście lat spędziłem praktycznie na kilku metrach kwadratowych. Po pierwszych kilku miesiącach spędzonych w takich warunkach próbowałem odebrać sobie życie. Próba samobójcza była nieskuteczna.

Jak dokonało się Pańskie nawrócenie?

By nie myśleć o sytuacji, w jakiej się znalazłem, zacząłem czytać. Najpierw sięgnąłem po książki filozoficzne, a później religijne. Uczyłem się buddyzmu, hinduizmu, a później islamu. Na jakiś czas stałem się muzułmaninem i dwukrotnie świętowałem ramadan. Moje poszukiwania skończyły się jeszcze większą frustracją. W środku czułem pustkę, a moja sytuacja tylko się pogorszyła. Pewnego dnia zachorowałem. Przetransportowano mnie do szpitala. Jedna z pielęgniarek po kryjomu wręczyła mi ewangelizacyjną ulotkę o tym, że Jezus jest drogą, prawdą i życiem. Zadałem sobie pytanie: kim jest ten Jezus? Gdy wróciłem do więzienia, w środku nocy obudziła mnie ogromna światłość. Z tej światłości wyłoniła się postać i powiedziała: „Jestem Jezus, uwierz we mnie i pójdź za mną. Jestem tym, który może dać ci nowe życie”. Odpowiedziałem, że nie wierzę, że to dzieje się naprawdę i poprosiłem go, by przyszedł do mnie ponownie, jeśli jest prawdziwy. Następnej nocy znów pojawił się w mojej celi i powtórzył poprzednie słowa dodając, że wyciągnie mnie z więzienia i że będę podróżował po świecie i o nim świadczył. Gdy przyszedł po raz trzeci, poddałem się Jego woli i oddałem mu swoje życie. Zacząłem czytać Pismo Święte. Te siedem lat spędzone w więzieniu po tym, jak Go poznałem, to był najpiękniejszy czas w moim życiu. Do dziś tęsknię za tamtymi chwilami. Nie byłem zajęty robieniem tysiąca rzeczy. Czytałem Biblię i modliłem się.

Trudno było przebaczyć?

To był cud, który zawdzięczam Bogu. Prezydent mimo licznych petycji nie był gotowy, by wypuścić mnie z więzienia. W końcu ugiął się, napisał list i przesłał wszystkie potrzebne dokumenty. Gdy wyszedłem na wolność, od razu zadzwoniłem do jego biura, prosząc o możliwość spotkania. Zgodził się i gdy byliśmy w gabinecie sam na sam, przytuliłem go i powiedziałem, że mu wybaczam. Zaproponowałem, żebyśmy zapomnieli o przeszłości i znów byli przyjaciółmi. Spytał, czy czegoś od niego nie chcę. Odpowiedziałem, że nie. Musiałem nauczyć się wybaczać – to była najważniejsza lekcja mojego życia.

Czy w Etiopii wielu ludzi świeckich głosi Ewangelię, pomaga księżom, pastorom?

Tak, jest ich bardzo dużo. To zwyczajni chrześcijanie wywodzący się z różnych środowisk czy grup społecznych. Głoszą Ewangelię dzieciom i młodzieży, ludziom na ulicy, biznesmenom czy politykom. Jako miejscowi są bardzo przekonujący
dla Etiopczyków. To samo robię teraz w USA, gdzie mieszkam z rodziną.

Co teraz jest dla Pana najważniejsze?

To, że wielu ludzi uwierzyło w Jezusa i oddało mu swoje życie z powodu mojego świadectwa. To mówi samo za siebie.

Artykuł ukazał się na łamach magazynu Misyjne Drogi nr 6 / 174 rok 33

misyjne drogi2

Marcel Płoszczyński

Pomysłodawca i prowadzący program „Na poddaszu”. Na co dzień pracuje w agencji reklamowej, gdzie zajmuje się public relations.